Dlaczego w polskich sklepach jest tyle produktów kiepskiej jakości ? Zobacz przegląd trików branży handlowej, dzieki którym nieświadomie kupujemy buble.


                   To 2ga odsłona moich przemyśleń na temat branży spożywczej (i nie tylko) oraz mechanizmów jakie są wykorzystywane przez marketingowców, by zachęcić ludzi do kupowania. W lipcu przedstawiłam Wam wątpliwości związane z prawem konsumenckim na konkretnych przykładach (do przeczytania w poście: Przemyślenia na temat chwytów marketingowych i odpowiedź od UOKIK)
                  Dziś wysnuję dywagacje na temat "kreatywności" producentów poszczególnych "dóbr" i jak zwykle poczepiam się samych produktów.
                  Nie starczy mi już długości posta na przegląd postaw  ludzi, którzy je oferują (bo powiedzenie "Klient nasz pan" już dawno przestało być obowiązująca dewizą niektórych sklepów!). O tym w kolejnym poście z cyklu "Co mnie wkurza". [SOON]



😿😿😿😿😿😿

1. Pierwsze zagadnienie jakie ciśnie mi się na myśl (jakem wegetarianka) to pytanie: „Dlaczego firmy z branży mięsnej robią produkty wege?”

 

                  To dla mnie wprost niepojęta praktyka że firmy, które „żyją” z zabijania zwierząt i przetwarzania ich na mięso, chcąc się wkupić w łaski konsumentów, produkują pod swoim szyldem produkty skierowane do sektora, który ze względów etycznych ich unika?
                  Szczerze mnie wkurza jak widzę jakiś nowy (nawet fajnie wyglądający produkt) wege, który zamierzałam kupić by go wypróbować ale uświadamiam sobie że zrobiła go firma „mięsna” 😫!
Zapala mi się wtedy w głowie mini żaróweczka jak na kreskówkach i zadaję sobie pytania:


  1. Dlaczego ja jako wegetarianka- przeciwniczka przerabiania żywych zwierząt* na cokolwiek - miałabym wspierać finansowo firmę, która codziennie uśmierca  setki a nawet dziesiątki tysięcy zwierzęcych istnień?”
  2. Dlaczego taka firma nie mogłaby całkowicie się przerzucić tylko na produkcję roślinną, skoro koniecznie chce podbić rynek wyrobów niemięsnych?”
                  Uważam że takie praktyki to zagranie pod publikę i szansa na „ocieplenie” wizerunku w stylu „Słuchajcie nie jesteśmy tacy źli jak się niejedzącym mięsa wydaje! Dajemy przecież wegetarianom roślinną alternatywę!”
                  Tak... tylko że kasa z produktów roślinnych (pod szyldem mięsnym) idzie i tak  na modernizację linii produkcyjnych na których pakowane są zwierzęce trupy! Sorry ale mnie nie przekonują takie praktyki! Nie pójdę do Mc'D na wege burgera ani świadomie nie kupię wege dania produkowanego w zakładach mięsnych, chyba że owy całkowicie się przebranżowi na produkcje roślinną. 

                  [Dopuszczam jednakże myśl że będąc np. jedyną ocalałą z katastrofy statku pasażerskiego mogę wylądować na bezludnej wyspie gdzie nie będzie żadnego pożywienia i jedynym jego źródłem mogą być ocalałe puszki z daniami wege produkowanymi przez mięsne koncerny. Albo że będąc zmuszona do wybrania czy zjeść zwierza na owej wyspie czy roślinę "mięsopodległej" puszki to wybiorę to drugie rozwiązanie. To tak w woli sarkazmu oczywiście, ale podobno "na ziemi istnieją rzeczy o których się filozofom nie śniło" więc wszystko jest możliwe! Nasze poglądy weryfikuje ostatecznie samo życie i dopiero w ekstremalnych sytuacjach możemy sprawdzić czy mamy je tylko teoretycznie czy nie!]

*Mając na myśli „żywe zwierzęta” chodziło mi o te specjalnie hodowane w celu ich późniejszej konsumpcji oraz na „potrzeby” przemysłu odzieżowego. Jeżeli jakieś „szczęśliwe” zwierzę - żyjące np. na farmie gdzie całe swoje życie było dobrze traktowane i nie widziano w nim materiału na „zagrychę”- padłoby naturalnie, to nie widzę przeszkód w pośmiertnym wykorzystaniu jego ciała np. w Taxidermii lub zrobieniu z niego czapki na zimę. Hodowla i zabijanie specjalnie dla pozyskania skór i mięsa (oraz trofeum na ścinę !) nie mieści się w moim kodeksie etycznym!
No dobrze... dopuszczam sytuacje gdzie obowiązuje zasada „zjedz albo padnij z głodu, ewentualnie zostań zjedzonym”. Mogłaby ona się wydarzyć np. na bezludnej wyspie albo podczas jakieś katastrofy naturalnej, kiedy mamy do wyboru- przeżyć jedząc „braci mniejszych” albo zginąć z głodu. Wyjątkiem może być także sytuacja życiowa, w której z pokolenia na pokolenie w trudnych warunkach żyją unikające cywilizacji plemiona jak ma to miejsce np. w amazońskiej dżungli gdzie często o przeżyciu decyduje nie tylko potrawka z manioku ale też zupa z małpy!
 







౦౦౦౦౦౦౦౦౦౦

                   Ten sam dylemat co firm spożywczych, dotyczy  również firm kosmetycznych a ściślej ujmując wielkich holdingów, które zrzeszają pod swoimi skrzydłami różne marki upiększające. 

                  Pytanie jakie stawiają sobie wege konsumentki/ci jest takie: "Czy jak kupię kosmetyk firmy X, która nie testuje na zwierzętach a wchodzi ona w skład koncernu testującego firmy Y , to czy moja kasa nie zostanie przypadkiem wykorzystana przez ową firmę Y na zadawanie cierpienia organizmom zwierzęcym w laboratoriach?"

                  Przykładem takiej grupy jest L'Oreal, który jak pamiętam, na liście PETA od wielu lat miał czerwoną kartkę jako firma testująca kosmetyki na zwierzętach! Sama firma zrzesza pod sobą takie marki jak Mybelline, Garnier, Helena Rubinstein czy do roku 2017- The Body Shop. Przed wprowadzeniem zakazu testów kosmetyków na zwierzętach na terenie UE (było to jeszcze przed 2013),  L'Oreal przyznał się (wg internetowych portali o kosmetykach "wolnych od okrucieństwa") że wciąż testuje ok. 1%  swoich produktów na faunie. Pomijam fakt że kosmetyki owego holdingu kosmetycznego obecne na terenie Chin gdzie testy kosmetyków na zwierzętach obligatoryjne (przynajmniej jeżeli chodzi o nowe produkty).  
                Chcę się natomiast przyjrzeć sytuacji firm takich jak wspomniany  The Body Shop, który był na piedestale miłośniczek produktów wytwarzanych etycznie a po przejęciu przez "złoty koncern" stał się  źródłem nieporozumień w kwestii cruelty free.
                  Pojawiły się wątpliwości związane z kwestiami etycznymi-  czy konsumenci kupujący do tej pory kosmetyki wytwarzane z poszanowaniem "innych ziemskich istot" nie staną się źródłem utrzymania dla "giganta", który ma inną wizję dotyczącą humanitaryzmu wobec organizmów nie-ludzkich? Czy kupując produkty firmy podległej koncernowi testującemu nie sponsorują testów, które przyczyniają się do cierpienia milusińskich w laboratoriach w imię dążenia homo sapiens do zachowania urody? 
                 Jedni mówią żeby nie kupować już produktów firmy, którą wchłoną gigant kosmetyczny, drudzy oponują, twierdząc że owa firma nie zmieniła standardów i nadal nie testuje swoich wyrobów tym samym nie przyczynia się do okaleczenia i śmierci laboratoryjnych zwierząt. 
                 Sytuacje tego typu również spotyka się u innych światowych potentatów rynku zrzeszających rożne branże od spożywczej po kosmetyczne czy odzieżowe. Warto wspomnieć tu takie wpływowe koncerny zrzeszające szereg mniejszych firm jak: P&G, Unilever, Mondelez, Mars które również są przedmiotem ostracyzmu "zielonych" ze względu na politykę wobec zwierząt i środowiska.
                  Jak zwykle każdy ma swoje uzasadnienia w tej sprawie a kwestia nie jest jednoznaczna. Ja nie kupuję produktów określonych firm kiedy wiem że należą do "podejrzanych" koncernów. Jedyne wyjątki mogą się zdarzyć wtedy kiedy nie wiem czy firma jest samodzielna, czy wchodzi w zakres większej na rynku lub gdy nic o niej nie wiem (a na pewno wiem że nie jest jedną z tych należących do gigantów, które omijam szerokim łukiem).

 

                2. Kolejna sprawa to podejrzane" produkty" ze względu na kombinacje ze składem surowcowym oraz dostępność podróbek.


 Dla uwidocznienia problemu "koloryzowania rzeczywistości na produktach"  przykłady wizualne poniżej 👇





                    Jak to jest możliwe że w Chinach gdzie zrobiono tą odzież, skład surowcowy jest inny a po przybyciu do Polski nagle się zmienia? Jeżeli byłaby to pomyłka w druku to radzę importerom poprawić całe partie naklejek na towarze, bo rozmijają się z prawdą na dużą skalę! Gdy kupuję 95% bawełny to chcę odzież zrobioną w większości z tego tworzywa a nie pół na pół jak się potem okazuje! 
                   Jedyną rzeczą, dzięki której kupiłam owe "cuda" była cena:) Sorry ale nie mam na "reformy" za 20-200 zł szyte w Polsce z dobrych gatunkowo tkanin!

 ౦౦౦౦౦౦౦౦౦౦

                  Podrabianych towarów jest coraz więcej i nie chodzi tylko o "pomyłkę" składu na etykiecie ale o całość produktu! Zdziwilibyście się za ile można dostać pomadki "Kylie cosmetics" na straganie albo paletki "Anastasia Beverly Hills" w Chińczyku! Nie do pominięcia jest oczywiście fakt że to chińskie podróbki (w dodatku z eko znaczkami w tym "nietestowane na zwierzętach😂), które należy omijać bo po 1sze to podróba i nie ma nic wspólnego z właściwościami oryginału, a po 2gie do końca nie wiadomo czy rzeczywiście to co jest napisane w składzie produktu jest rzeczywistością !(czasem dobrze by było żeby jednak nie 😲!)
                 Niestety często konsumenci zwiedzeni manią posiadania "wyższego luksusu" decydują się na podrabiane towary nie zważając że mogą one być przyczyną późniejszych kłopotów i to wcale nie natury prawnej!
                  Dla przykładu - kto może zagwarantować, że bazarowa podróbka fluidu nie wywoła zapalenia skóry a tusz ślepoty? Nikt! Sami się godzimy z konsekwencjami kupując owe "luksusy".
                 Pal sześć jeżeli ktoś na bazarze kupi "riboksy" czy "najkersy" made in "ukryta fabryka podróbek z Chin czy Włoch", ale kosmetyki to już realne niebezpieczeństwo dla zdrowia, bo zawierają substancje potencjalnie alergenne lub co gorsza kancerogenne.
                 Któregoś razu stanęłam jak wryta kiedy w popularnej sieci sklepików za 1 zł koleżanka pokazała mi pastę do zębów w której składzie widniał FORMALDEHYD! Nie muszę chyba wspominać że to środek obarczony złą sławą na skutek właściwości wywołujących raka?!
                 "Luksusowo" pachnących perfum są całe tabuny zarówno na bazarze jako podróbki uznanych firm kosmetycznych a także na stoiskach w galeriach w kategorii "zapach jak...". O ile te 2gie widniejąc na polskim rynku muszą być jakoś przebadane, skoro można nimi handlować oficjalnie pomimo nieidentyczności zapachu, o tyle "Żadory " czy "Japador" (czy też dosadniej  np. "Japier...e" - ciekawe czy istnieje?😂) to podróbki o nieznanym składzie, których stosowanie może być niebezpieczne, choćby ze względu na reakcje alergiczne. Zwykle też są pokątnie ukrywane gdzieś na bazarach a nie w sklepach, gdzie żadne Sanepidy czy Skarbówki ze Strażą Graniczną nie inwigilują!
                 Niestety prawo polskie jakoś wyraźnie nie nadąża za pomysłowością przemytników (zwykle z Ukrainy, którzy handlują owymi cudami na bazarach) i potem mamy całe partie potencjalnie niebezpiecznych kosmetyków, które kupują niezamożne osoby jak i nastolatki (i nie chodzi tu o trzymanie w garści przez rodziców 500+).
               Pamiętam jak sama kupowałam najtańsze kosmetyki na bazarze będąc nastolatką, bo u mnie w domu zawsze się nie przelewało i zamówienie fluidu z Avonu było dla mnie szczytem marzeń nie do osiągnięcia! (Proszę się nie czepiać firmy moich "marzeń", bo wtedy nie wiedziałam nic o sposobach testowania przez koncerny kosmetyczne produktów na zwierzętach i nie byłam wege!)
              Tak wiem że 20 zł na podkład to dla niektórych tyle co zapłata za śniadanie w jakieś modnej knajpce ale ja taką kwotę widziałam raz na jakiś czas w ramach kieszonkowego, za które zwykle musiałam kupić kilka mazideł. Kupowałam więc fluidy i cienie za 3 zł na targowisku, ale przynajmniej były to produkty polskich producentów. Kwestia składu to zagadka bo wtedy się tym kompletnie nie interesowałam.    Chciałam tylko przykryć pryszcze więc wybierałam to na co mnie było stać.

            Problem w dzisiejszym świecie jest taki że chcemy wydawać się BARDZIEJ..... bardziej bogaci czy cool niż jesteśmy w rzeczywistości, więc często kupujemy podróby by pokazać innym, że nie jesteśmy gorsi ale cena jaką możemy zapłacić jest stanowczo większa niż utrata reputacji! Lepiej kupić produkt sprawdzonej nieluksusowej firmy niż podróbę znanego "bożyszcza" bogatych chwalipiętów. (oczywiście nie dotyczy to produktu, który można nabyć okazyjnie w sh lub tylko jego pudełka 😂😂😂, bo kto "bogatemu" zabroni pokazać owe cudo na Insta, nawet gdy już 2 lata jest nieważny?)





 
౦౦౦౦౦౦౦౦౦౦

                3. Czasem zastanawiam się również dlaczego pomimo tego że półki w sklepach się uginają od wszelakich dóbr, mamy na nich tak wiele bubli? 

                 Nie mówię tu o głupawych zabawkach w stylu "Kiblaków" czy innych niepotrzebnych plastikowych gów.ien do kolekcjonowania ukrytych w plastikowych kulach tylko o asortymencie spożywczym!

                 CZASEM JAKOŚĆ PRODUKTÓW NA PÓŁKACH SKLEPOWYCH JEST TAK BEZNADZIEJNA, że zastanawiam się kto w ogóle dopuścił takie badziewia do obrotu i zadecydował że nie są szkodliwe (a przynajmniej nie bezpośrednio) dla ludzi?
                W przeważającej większości takich produktów królują głównie cukier, sól, ocet i konserwanty a czasami, o zgrozo wszystkie naraz! Czasem czytając składy niektórych "ładnie opakowanych" produktów mało nie łapię się za głowę jakież to potworności skrywa ich piękna szata graficzna! 
               Zakupy zwykle zajmują mi dużo czasu, ponieważ jako świadomy konsument muszę zapoznać się ze składem każdego produktu jaki mnie zainteresuje i powiem szczerze, że wybieram je na początku kierując się opakowaniem i nazwą. Rozczarowanie zwykle przychodzi później bo wegańskie pierogi nafaszerowane są Benzoesanem sodu a "zielone" balsamy do ciała mają w składzie parafinę i inne pochodne ropy naftowej!
              Przykłady można mnożyć nie tylko w branży "słodyczowej" czy "puszkowej" ale też wśród tych zdrowych eko i bio przypadków. Sorry ale co z tego że "ketchup bio" ma same bio składniki  takie jak  bio ocet, bio cukier... skoro to wciąż ocet i cukier? Od ketchupu bio oczekuję nie bio octu tylko octu jabłkowego jako zdrowego zamiennika i np. syropu z agawy jaki zamiennika cukru! Mam wrażenie że połowa produktów eko i bio to "eko i bio ściema", która się dobrze sprzedaje bo przecież ma przedrostek i kosztuje 3x więcej niż produkty "normalne".
             Ostatnio przecierałam oczy ze zdumienia chcąc kupić suszone pomidory w oleju! W 1szym słoiku dodany cukier i to ok.10g na 100 g czyli ok.2 łyżeczki (!). W  drugim prawie cała łyżeczka soli a w 3cim ocet spirytusowy! Po co do cholery? Zwykły olej i zioła nie wystarczą?


Poniżej parę przykładów "ładnie ubranych" bubli:









                4. Kolejna kwestia do omówienia to szeroko pojęte produkty "promocyjne"!


                    Tu oczywiście pojawia się jako 1sze pytanie - "Czy dany produkt 
naprawdę ma obniżoną cenę czy jako konsumenci jesteśmy wpuszczani w maliny, bo obniżka jest pozorna lub  defacto wcale jej nie było?"

  • Niejednokrotnie słychać głosy że  "promocje typu 1+1 gratis czy drugi 50% taniej" to tak naprawdę żerowanie na ludzkiej naiwności, bo czasem za 2  produkty bez promocji można zapłacić taniej niż przy takim zakupie
                     To zależy oczywiście od ceny pojedynczego produktu dlatego radzę najpierw przypomnieć sobie ile rzeczywiście ów pojedynczy produkt kosztował przed tą obniżką. Może się zdarzyć że w sklepie obok kupimy 2 produkty w niższej cenie niż w owym sklepie drugi  produkt połowę taniej! Nie oznacza to jednak że wszelkie tego typu przeceny to ściema! Wręcz przeciwnie- sama często kupuje takie produkty bo znając cenę za sztukę (nawet jak jest tańsza w innym sklepie) potrafię policzyć że druga jest gratis bez ukrytych kosztów. Warte polecenia są również promocje 1 + drugi za 1 gr!

  • Sklepy czasami też stosują inne triki jak np. podwyższenie ceny tuż przed obniżką żeby pokazać Klienom że przed przeceną to było taaaaaaak drogo a teraz to dają prawie za darmo?! 
                     Robią tak niekiedy sklepy ze sprzętem RTV i odzieżowe. Np. bluzka kosztowała 25 zł normalnie a przed obniżką wprowadzono na nią cenę 40 zł! Oczywiście przekreślono "starą" cenę  40 zł  i dodano obniżkę na 25 zł  Wychodzi że bluzka została przeceniona aż o 15 zł a nie o 5, więc promocja jest większa, prawda? Nie muszę dodawać chyba, że to niezgodne z ustawą konsumencką i są za to nakładane kary finansowe?

  • Nawet nie będę się rozpisywać o obniżkach typu przecena o 2  czy 5 gr 😂😂😂😂, ale takie też często są! Nierzadko też dyskonty obniżają cenę w nowej gazetce promocyjnej na produkcie o 0, 30 gr by przekonać klientów ze produkt staniał!

  • Ileż to razy widziałam już promocje na produkty, którym owa przecena się już skończyła?! Po prostu ktoś nie zdjął starej ceny, która obowiązywała w trakcje promocji i dzień po niej konsumenci kupowali produkty nadal przeświadczeni o obniżce. 
                    Tymczasem na paragonie ZONK a kasy w portfelu mniej! I co tu robić? Odpowiedź jest prosta! Trzeba pójść do Punktu Obsługi Klienta i domagać się zwrotu "podwyżki" za daną rzecz. Gwarantuje to ustawa o Prawach Konsumentów i jeżeli na półce widnieje jeszcze stara cena (najlepiej zrobić zdjęcie!)  to sklep ma obowiązek zwrócić nam różnicę pomiędzy ceną "półkową" a "czytnikową" nawet jeżeli  już po promocji!  
                   My jako klienci nie mamy obowiązku przecież sprawdzać czy promocja się skończyła czy nie! Skoro na półce jest określona cena za towar z tym samym kodem kreskowym co na naszym produkcie to pakujemy do koszyka i do kasy a potem do punktu obsługi po swoją obniżkę! Nie wahajcie się bo nie jesteście odpowiedzialni za błędy obsługi sklepu, która nie zdjęła starej ceny a i tak sklep tę "nieuwagę" odbije sobie z zyskiem na kolejnych "promocjach".
                    Dodam ze zwykle takie "promocje" mają miejsce w "Stonkach" i "Eklerach", przynajmniej u mnie! Czasem kiedy nie chce mi się "wykłócać" o te kilka groszy to zwrócę uwagę obsłudze że dana cena jest już nieaktualna, ale często jednak "idę po swoje" i tym sposobem (patentem na kasę 😂) stać mnie na produkty, których nie kupiłabym po regularnej cenie. [Możecie je zobaczyć pod postami Recenzje oraz #goodchoicebyBesu i #badchoicebyBesu]


                    Oto przykład promocji na "krótki termin ważności" [ więcej o różnicach w obniżkach takich towarów miedzy hipermarketami znajdziecie w poście Przemyślenia na temat chwytów marketingowych]               
                     Nie do uwierzenia ale cena produktu, która została obniżona by przed 28.10 pozbyć się całej partii towaru, tuż po tym terminie została przywrócona do pierwotnej, tylko ktoś zapomniał wycofać przeterminowane już produkty z obrotu! (które nota bene kosztowały tyle samo co te z długi terminem ważności 😔) Proszę się nie czepiać że data sprzed 2ch lat- tyle czasu mi zajęło "napisanie" tego posta 😂😂😂😂





































                   Tego nawet nie będę komentować - odsyłam do w/w posta, bo tam znajdziecie pytania do UOKIK o taką sytuację jak poniżej. [Jakby ktoś nie skumał to w środku jest połowa produktu a on sam nie był otwierany!]






 ౦౦౦౦౦౦౦౦౦

                 5. Jedne z „najcięższych” dla mnie zakupów oscylują wokół bielizny a konkretnie wyboru odpowiedniej pary gaci!  

                      Nie chodzi tu o wybór między bielizną „frywolną” i „babciną” tylko o kupno odpowiedniego rozmiaru, co często jest jest zadaniem karkołomnym. O ile z rozmiarem stanika nie mam problemu (bo niestety nic mi już nie urośnie), to wybór majtek jest prawdziwą grą w totolotka! Uda się czy nie?
                     Problem jest taki że ten sam rozmiar może się diametralnie różnić u różnych producentów. Podobna sytuacja do tej jaka ma miejsce w całym przemyśle odzieżowym włączając popularne sieciówki! Raz noszę rozmiar spodni 38 innym razem nawet 42 a wymiary mam te same od lat (niestety). Tak samo jest z gaciami- raz L jest za duże innym razem za małe! (o zgrozo kiedyś porównywałam rozmiary w sklepie i jedne „pantalony”z rozmiarem S były takie same jak inne z rozmiarem L!).
                    Mniejsze piwo jeżeli jest to jakiś renomowany salon (a takich nie odwiedzam, bom niezamożna) i tam można ustalić obwód takich gaci w biodrach (Brafiterki pewnie w tym pomogą). Dramat zaczyna się wtedy gdy na promocji w markecie rzucili „zasłaniający model” a ty nie wiesz czy będzie za ciasny czy za luźny choć na metce jest napisane L!
Dlaczego nie ma jednych uniwersalnych standardów opartych np. o typową numerację bioder?

  ౦౦౦౦౦౦౦౦౦

                Na koniec jeszcze  pytanie bez odpowiedzi. Właściwie to do zastanowienia i poprawy przez  marketingowych"decydentów".

                    Dlaczego podpaski nie są pakowane w pudełkach po odliczonej liczbie "na dzień" i "na noc"?  Ułatwiłoby to życie wielu kobietom, które nie musiałyby kupować oddzielnej paczki podpasek. Wiadomo że tych na noc zużywa się mniej więc po co wydawać kolejną kasę i produkować zbędne opakowania, skoro można wrzucić do 1go "wora" 70% krótszych i 30% dłuższych  kobiecych artykułów higienicznych? Dlaczego są 2paki tych samych  rodzajów podpasek a nie można zrobić takiego większego pakowania na na dwudzielny system?(pewnie właśnie teraz ktoś się wzbogaci na tym pomyśle😂)


Kolejne dywagacje niedługo!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.